Pomogła: 43 razy Wiek: 27 Dołączyła: 08 Lis 2007 Posty: 361 Skąd: Burton upon Trent
Wysłany: Sob 15 Mar, 2008 09:01
U mnie zaqczelo9 sie od kontrolnej wizyty w sazpitalu. Zmierzyli mi cisnienie i okazalo sie, ze jest za wysokie. Doktorek nie wiele myslac, zrobil masaz syjki (tak delikatnie, ze prawie nie bolalo) i zostawil mnie na obserwacji (mialo byc na 24 godziny. Nastepnego dnia cisnienie bylo jeszcze gorsze i zapadla decyzja o wywolaniu. Najpierw podali mi jakis zel, kazali isc na spacer i wrocic po 1,5 godzinie. Spacerek z mezusiem byl calkiem przyjemny. Skurcze pojawily sie lekkie i nie dokuczaly za bardzo. O godzinie 10.00 wrocilismy na porodowke. Podpieli mnie do KTG i szok, okazalo sie, ze malej zanika tetno podczas skurczy. Zbieglo sie pol oddzialu i lekarz zadecydowal, ze sprobujemyu urodzic naturlnie. Aby wszysko przyspieszyc przebili mi pecherz plodowy i podali kroplowke z oxy. Skurcze zaczely sie takie, ze juz nie moglam wytrzymac. Blagalam o znieczulenie. W odpowiedzi uslyszalam, ze dostane znieczulenie, za chwilke na sali operacyjnej, bo jednak trzeba zrobic CC. Szczerze mowiac bylo mi wszystko jedno, byleby tylko bol sie skonczyl... Pozniej wszystko potoczylo sie blyskawicznie. Pamietam to jak przez sen. Jazda na operacyjna, nawet nie wiem jak znalazlam sie na stole. Pamietam tylko, ze smialam sie z mieza jak zobaszylam go w tych smiesznych ciuszkach i z maska na twarzy. Wygladal jak doktorek z kreskowek. Pamietam tez Murzyna, ktory zakladal mi znieczulenie i lagodnym glosem mowil: "Wytrzymaj jeszcze chwileczke, za sekundke nie bedzie juz bolu. Jestes dzielna, wytrzymasz." Moj maz caly czas trzymal mnie za rece i uspokajal. Bez niego chyba nie dalabym rady. Znieczulenie powoli zaczynalo dzialac, a ja uslyszalam, ze tetno malej sie ustabilizowalo i ze wracamy na porodowke i rodzimy naturalnie. Bylo okolo godziny 14.00 , mialam wtedy 6 cm rozwarcia. Po przewiezieniu na porodowke, znieczulenie zadzialalo na maxa i ... zasnelam.... obudzilo mnie chrapanie... mojego meza. Otwieram oczy a tam polozna sie nabija z nas... (polozna mialam swietna, byla ze mna przez caly czas, nawet na siusiu biegiem leciala, caly czas kontrolowala tetno malej i szczegolowo opisywasla kazdy skurcz). okolo 17.00 rrozwarcie na 7 cm. kolejna kroplowka z oxy i wtedy znieczulenie przestalo dzialac ( okazalo sie, ze podajnicze ktory mialam przyczepiony na ramieniu przeciekal). |Polozna od razu wezwala anestezjologa, ktory zalozyl nowa rureczke i po kolejnych 30 minutach znow nie czulam bolu. Po kroplowce, nareszcie uslyszalam: "pelne rozwarcie, rodzimy" No i tak po kilku skurczach i niemilosiernym wysilku urodzilam moja Wikunie. Jak polozyli mi ja na brzuchu bylam najszczesliwsza kobieta na swiecie. Maz przecinal pepowinke i widzialam jak ukradkiem ociera lze... Mimo wszystkiego, porod malutkiej byl najbardziej wzruszajacym wydarzeniem w miom zyciu...
Pozniej wiadomo szycie. Mialam tylko 2 szwy, ale za to moge tylko podziekowac mojej poloznej, ktora byla na prawde wspaniala, masowala mi krocze i smarowala glowke malej jakims zelem, zeby latwiej bylo ja wypchnac. Dodam jeszcze tylko, ze aby mnie zdopingowac polozna kazala dotykac mi glowki mojego malenstwa. Wiecie co, to na prawde daje powera.
Mala urodzila sie o 20.14 a ja natepnego dnia w poludnie wyszlam juz do domu. Powiem szczerze, ze porod wspominam calkiem dobrze. |Pewnie dlatego, ze otaczali mnie tylko ludzie bardzo mili, traktowali mnie jak czlowieka, a nie jak kolejna rodzaca do odfajkowania.
[ Dodano: Sob 15 Mar, 2008 09:10 ]
A to moja malenka zaraz po urodzeniu
|Przepraszam, ze tak nieskladnie to opisalam, ale mam na rekach mojego ssaczka, ktory co chwilke marudzi i mnie rozprasza.
Dziewczyny jedno co wam powiem, nie trzeba sie bac porodu, bo jak juz bol sie skonczy6 i dostaniecie swoje malenstwa, bedziecie miec tyle sily, ze pole golymi rekami moglybyscie przekopac.
Oto w skrocie moj opis porodu. Powiem Wam ,ze bylo bardzo ciezko. 24.02 pojechalam do szpitala bo saczyly mi sie wody, nie mialam jednak rozwarcia. Najpierw chcieli mi wywolywac porod, ale stwierdzili,ze poczekaja bo moze zacznie sie naturalnie. Skurcze byly coraz silniejsze, ale rozwarcia nadal nie bylo. 26.02 o 4 rano bole byly juz nie do wytrzymania, przyszla polozna i stwierdzila,ze jest rozwarcie na 4 palce. Pojechalismy na porodowke i niestety do godz.18 rozwarcie caly czas bylo na 4 palce, nawet po podaniu oksytocyny i przy skurczach co 2 minuty, trwajacych 1.5minuty. Jeszcze w czasie tego zaczelo zanikac tetno malej, zbieglo sie chyba z 10 lekarzy, zaczeli mnie rzucac po tym lozku, tetno wrocilo. Na szczescie sie udalo. Ja bylam prawie nieprzytomna z bolu i od gazu znieczulajacego,ktory wdychalam caly czas. Potem przyszedl jakis profesor i zadecydowal, ze musze miec cesarke. Mala urodzila sie o 19.39, 26.02.08. Po operacji lekarz powiedzial mi,ze bym nie urodzila naturalnie, bo Laura byla ulozona twarzyczkowo.
Moj maz byl caly czas przy mnie, od godz.5 rano az do 1 w nocy. Niestety dluzej zostac nie mogl, bo przewiezli mnie na oddzial, a tam maz nie moze nocowac. Dzielnie mnie wspieral i bez Niego nie dalabym rady. Wiecie, to jeszcze bardziej umocnilo nasza milosc i nie wyobrazam sobie zeby Go przy mnie nie bylo. Ciesz sie, ze zdecydowal sie rodzi ze mna, choc poczatkowo sie bal. Ja Mu dalam wolny wobor, chcialam zeby sam podjal ta decyzje i ciesze sie ze to byla taka decyzja. Kocham Cie Macieju.
_________________ SUWACZEK OD KINIACZKAOD MAMUSI DUDU:)OD MADZIALENKI:)OD ANIOLKIżyj-krzyknęła nadzieja Bez Ciebie nie potrafie-odpowiedziało cicho życie
A było to tak... :
Po dwóch tygodniach skurczy przepowiadających, które trwały po kilka godzin w nocy i były nawet co 10min. wykończona i zdesperowana niemal płakałam że nie dam już rady... Dwa albo trzy razy budziłam męża że to czas i wszystko mijało tylko po to, żeby kolejnej nocy wrócić ze zdwojoną siłą Dwa dni po terminie stwierdziłam, że naprawdę to MUSI BYĆ JUŻ. Cały dzień , noc i kolejny dzień miałam bolesne skurcze co godzinę, dwie, pół albo co 10min. Obudziłam męża i pojechaliśmy na porodówkę o 2:00 w nocy ze skurczami co 7-8min utrzymującymi się trzy godziny. Niestety okazało się, że one są mocne, ale zbyt krótkie na poród. Szyjka twarda, wysoko, na 2 cm, ale zostałam już w szpitalu. Sama jedna na pustej porodówce. Mąż zgodnie z zapowiedziami pojechał do domu. Do szóstej rano skurcze minęły :–/
Na wizycie normalnie by zdecydowano, że mam się położyć na oddziale, ale.. po znajomości podłączono mi kroplówkę z oxytocyną i przeniesiono na małą salę do porodów rodzinnych, bo tam jest wanna w której można leżeć do woli a to korzystnie wpływa na rozwój sytuacji Skakałam na piłce i efekty były marne- bez kroplówki skurczy brak, z nią nawet za słabe. Koło południa dojechał mój mąż i… niespodziewanie został ze mną!!! Spisał się po prostu wspaniale. Dał mi popalić, bo myślałam że wścika dostanę jak zaczął masować mi brodawki i bujać mną na piłce, do kroplówki dostałam kolejną dawkę oxytocyny i jeszcze coś dożylnie i do pupci. Oczywiście skurcze nabrały mocy i chociaż już miałam jechać na cesarkę dano mi jeszcze szansę, wpuszczono do wanny pełnej cieplutkiej wody, mąż polewał nią cały czas brzuch. Od 13:30 do 14:30 skurcze zaczęły być tak silne, że omal nie zdarłam sobie gardła (uuuups…), odeszły wody i zaczęło się… wyłam ile się dało i między skurczami przepraszałam wszystkich wkoło, hahaha ) Mąż mnie wspierał i motywował, chwalił, zapewniał, ze spisuję się świetnie i był cudowny!! W tym czasie rozwarcie nagle z 3 cm skoczyło do 8, potem już błyskawicznie do pełnego !!! Pomogli mi przenieść się na łóżko porodowe i parłam już dzielnie malutką na świat w towarzystwie wzruszonego tatusia… aż mi łzy do oczu napływają jak wspominam te chwile!! 15:30 i Karolinka głośnym krzykiem oznajmia, że oto właśnie jest po tej stronie brzuszka!!!
Kocham ją niemożliwie i mojego męża za ten akt desperacji również!!!!
[ Dodano: Czw 10 Kwi, 2008 21:44 ]
Dla porównania przepiszę tu zaraz opis pierwszego porodu (z pamiętnika, który piszę zresztą do dziś):
29.04.1999r:
Paskudny dzień. Zły na rodzenie. Dzisiaj błagam Boga, żeby nie było jeszcze teraz. Ostatnie 3 dni Rafał leczył grypę, dzis dopadło mnie. Nie mogłabym prawidłowo oddychać podczas porodu. Mam już dość tej ciąży!! Dość, dość, dość!!! Dlaczego nie rodzę?? Dziś nawet łzy nie chcą płynąć...
20:10 To JUŻ!! Ale się cieszę!! Boli bardzo i co 3-5min. Wody odpłynęły godzinę temu i jedziemy!! Jestem szczęśliwa!! HURRA!! Będzie spotkanie z Bobaskiem !!
Wspomnienia pisane po 3 mies od porodu:
...przytuliłam swój wielki brzuch do pleców R i Bobasek go pokopał. Zasnęliśmy sobie wszyscy. Około 19:00 nastąpiło jakieś "chrrrup". Zdziwiona otworzyłam oczy- ale boli, jak cholera!! Pytam męża :słyszałeś takie chrup?? A on: co, dom się nam wali?? i znowu ten ból...Przy trzecim bólu poczułam coś mokrego i ciepłego. No tak, wody. Pojechaliśmy z dziką radością i śmiechem mimo, ze skurcze co 3 min. Zanim mnie zbadano,lewatywa, golenie ktg było po północy. Na wstępie usłyszałam, ze z takimi skurczami do rana się nie wyrobię, rozwarcie na 2cm. Miałam gorączkę i zapchany nos, dostałam antybiotyk i coś na zby silne nieprawidłowe skurcze.Dzielnie oddychałam przez usta, R był ze mną i bujał mnie na piłce. Nie pozwoliłam mu się dotykać, miał tylko BYĆ.Co godzinę miałam masaż szyjki i rozwarcie na 6cm i na 6cm i na 6cm... Traciłam siły i cierpliwość i kładłam się do łóżka mówiąc, że ja idę spać, nie rodzę. Świt nadszedł nie wiem kiedy. Na wizycie stwierdzono, ze sama nie dam rady i kazanoiść na zwykłą porodówkę ,,bo tam jest lepszy sprzęt" Nie byłam w stanie myśleć co to oznacza. Poszliśmy.Tam kazano mi przeć czy mam chęć czy nie. Nie miałam. Tłumiłam skurcze, jęczałam, płakałam. Każdy mówił co innego. R nakrzyczał na mnie, ze mam się zmobilizować bo jak nie to idzie. Byłam nieszczęśliwa, ale go słuchałam, robiłam przysiady (nie było piłki), chodziłam , parłam itd.Czas nie istniał. Istniały tylko bóle , gorące, falujące, R za moją głową, niewygodne łóżko, kroplówka i ktg 9 kiedy mi to podłączyli??). Przeć, przeć, przeć. R zwilża mi usta, ból- parcie, przerwa, ktoś obok rodzi, R musi wyjść.Boli i boli, prę i prę...Potem badanie i nie wiem co w jakiej kolejności... usłyszałam tylko wzywajcie noworodki z inkubatorem, odłączyć ktg bo nie pisze, a do mnie : to nie potrzebne.Ktoś się rzuca na mój brzuch z łokciami i mówi: czy ma pani chęć czy nie -przeć. MUSI pani nam pomóc, dziecko musi się teraz urodzić. Skurczy brak, ale prę na sucho... Czułam jak mała twarda główka przeciska się do życia, ledwie słyszałam jak R mówił, ze chce przeciąć pępowinę. Odlot... nic nie widzę. popękały mi naczynka w oczach... Ktoś powiedział, ze to dziewczynka. Ciepła, mokra na moim brzuszku... Jest!!! 7pkt i do inkubatorka bo zmęczona -a ja już wiem po co żyję!!!!
Po tym wszystkim mąż powiedział: dzieci-tak, ale ja na porodówkę więcej nie wejdę!!!
_________________ SUWACZEK OD KINIACZKAOD MAMUSI DUDU:)OD MADZIALENKI:)OD ANIOLKIżyj-krzyknęła nadzieja Bez Ciebie nie potrafie-odpowiedziało cicho życie
Pomogła: 57 razy Wiek: 33 Dołączyła: 30 Wrz 2007 Posty: 595 Skąd: G. Śląsk
Wysłany: Czw 26 Cze, 2008 16:58
Opis mojego porodu i pobytu w szpitalu dla zainteresowanych:)))
Zniecierpliwiona długim oczekiwaniem (termin co prawda na połowę czerwca, ale wszyscy naokoło rodzili wcześniej) i nieudanymi próbami wywołania porodu tzw. domowymi sposobami (1. popis umiejętności tanecznych na weselu; 2. domowe porządki wszelkiej maści, w tym mycie okien i zmiana firan; 3. poszukiwanie herbaty z liści malin – niestety uwieńczone niepowodzeniem), w poniedziałek 9 czerwca udałam się autem do Katowic na rozmowę z promotorem o doktoracie, terminie obrony i możliwości zatrudnienia w przyszłym roku. Atmosfera przed rozmową nerwowa i napięta, kwestie do poruszenia delikatne, nic dziwnego, że zaczęłam odczuwać skurcze – nic jednak sobie z tego nie robiłam, bo przepowiadające miałam już niezliczoną ilość razy i zawsze kończyło się samowygaśnięciem "akcji". Z promotorem porozmawiałam, potem byłam jeszcze w czytelni Biblioteki Śląskiej, gdzie przeglądałam książki z myślą o czekającym egzaminie. Następnego dnia rano, jak zwykle, było już spokojniej, skurcze leniwe i sporadyczne, więc zabrałam się do zwykłych czynności (dokulałam się do PKO, żeby zapłacić za czynsz, a potem po zakupy). O 13 stały się jednak regularne i trochę bolesne, więc wysłałam do K wiadomość, że może jednak coś z tego będzie. Po południu wiedziałam już, że coś się rozkręca, ale z telefonem do lekarza czekałam do ostatniej chwili, do 20. Do szpitala pojechaliśmy ok. 22.00, wcześniej robiąc jeszcze ostatnie sprawunki w nocnym sklepie:)
Trochę mnie już wtedy strach obleciał, bo skurcze były już dosyć bolesne i regularne co 3-4 min. Izba przyjęć prywatnej kliniki położniczej – miła położna stwierdza 4cm rozwarcia, ale skurcze na ktg "takie sobie". O mamo, to co będzie dalej – myślę. Robią mi lewatywę, po której rozwarcie jest na 5cm. W ciągu następnej godziny jednak nic nie rusza, skurcze co 5 min, rozwarcie to samo. K jedzie do domu się przespać, ja zostaję sama. Nie mogę spać, krążę wokół łóżka. Nikt do mnie nie zagląda. Ok. 4.00 skurcze stają się intensywniejsze. O 6.30 zapis ktg i badanie – słyszę, że jest już pełne rozwarcie, a skurcze "konkretne". Rzeczywiście ból nieznośny. Schodząca z dyżuru położna mówi na pocieszenie, że do godziny powinnam urodzić, tylko musi jeszcze zejść główka i pęknąć pęcherz płodowy. Trzymam się tej nadziei kurczowo, bo boli już naprawdę mocno. K jest od 6.00 ze mną, masuje mi plecy. Po nogach leje mi się krew, chcę wycierać, zawstydzonaJ Przenoszą mnie na trakt porodowy, ale już za późno na posłużenie się piłką czy wanną, skoro rozwarcie maksymalne. W trakcie skurczu nie mogę się opanować, jęczę i mam gdzieś wszelkie racjonalne porady odnośnie oddychania. Położna (z nowej zmiany, trochę mniej sympatyczna) sprawdza postęp, ale tego ostatniego brak – męczę się tylko, skurcze parte, a główka nie schodzi. W końcu przebijają mi pęcherz płodowy. Mówią, że główka powinna już "wskoczyć". Nie wskakuje. Nie kliknęło jeszcze – stwierdza lekarz i odchodzi. Położna doradza pozycję na boku, z nogą opartą o poręcz fotela – ale tak bardziej mnie boli, więc wracam na plecy. Każe przeć, mimo że to jeszcze bez sensu – w ramach nauki tego, co czeka mnie w finale i dla zmniejszenia bólu. Prę tak, aż robi mi się słabo. W międzyczasie podpinają mi oksytocynę, żeby skurcze były mocniejsze i częstsze. Płaczę z bólu, kuląc się na fotelu. Położna robi się nerwowa. Mówi, że mamy już mało czasu (potem dowiem się, że decyzja o cesarce była tuż tuż). Co chwilę sprawdza tętno Małego. Każe mi położyć się w tej nieszczęsnej pozycji bocznej. Gryzę fotel. Kiedy to się skończy? Prawie 3 godziny skurczów partych. W końcu słyszę, że główka jest tam, gdzie powinna. "Rodzimy". Trzy serie skurczów przy moim maksymalnym wysiłku i pomocy lekarza, naciskającego na brzuch, i Mały jest na świecie. Blondynek, cały oblepiony krwią i mazią. Jeszcze nie krzyczy. Ląduje na moim brzuchu, a ja głaszczę go po głowie. Chce mi się płakać.
Po chwili półprzytomna widzę, jak K przecina pępowinę. Zabierają Małego, a mi każą jeszcze raz poprzeć, żeby urodziło się łożysko. Przy ostatnim skurczu tracę świadomość, przed oczami czarno-pomarańczowe plamy. Dochodzę do siebie, kiedy położna pokazuje lekarzowi łożysko – na szczęście całe. Potem jeszcze szycie, mówią mi, że nie jestem bardzo nacięta, "średnia europejska". Boli, ale jest mi już wszystko jedno. Nie trwa długo. Ląduję na wózku, jadę do jakiegoś przedsionka, gdzie mam spędzić najbliższe 2 godziny. Mały leży obok, próbują przystawić go do piersi, ale nie bardzo chce ssać. K wysyła smsy. Mi kręci się nadal w głowie. Nie mogę uwierzyć, że już po wszystkim, i mały cud leży obok. Po 2 godzinach jadę na salę, K zajmuje się Małym, ja nie jestem w stanie się podnieść. Ok. 14 K jedzie do domu odpocząć, mi zabierają Dominika, żebym się zdrzemnęła. Jestem w sali z jedną panią, która całkiem przytomnie zajmuje się już swoim Maleństwem. Udaje mi się przespać, choć jej Mała krzyczy. Po obudzeniu proszę położną o pomoc w dojściu do toalety. Po paru krokach wracam do łóżka, nie jestem w stanie ustać. Jeszcze potem dwie takie próby – przy ostatniej docieram do ubikacji i udaje mi się załatwiać, ale przy wstawaniu znów tracę przytomność. Położna wzywa pomoc, zostaję dotransportowana do łóżka. Po oddziale szybko roznosi się wieść, że mam skłonność do omdlewania. Nie chcą mi dać Małego:( Wieczorem jeszcze wizyta babć, przywiezionych przez K. Dominik jest przez chwilę z nami, potem zabierają mi go na całą noc. I tak nie śpię, bo Mała sąsiadki krzyczy i gra telewizor. Dopiero ok. 2 nad ranem dziecko zabierają pielęgniarki. Noc jest bardzo krótka. O 6.00 przywożą Małego. To nasz pierwszy dzień razem. Usiłuję karmić piersią, ale nocne dokarmianie butelką skutecznie zniechęca go do wszelkiego wysiłku. Każda z czterech prób kończy się wezwaniem pielęgniarki. Im udaje się na krótko przystawić Małego. Zostawiają też butelkę, bo karmienie trwa zbyt krótko, żeby napełnić mały żołądek. Na nieszczęście Dominik ma żółtaczkę i jest przez to podwójnie senny, zasypia po paru pociągnięciach. Męczę się do połowy nocy, potem, przerażona, że głodzę dziecko, kapituluję – sięgam po zostawioną przez pielęgniarki butelkę z mlekiem dla niemowląt. Próbuję podtrzymać laktację, odciągając pokarm laktatorem. Jest go bardzo mało. Dominik śpi niespokojnie, ciągle się budzi i płacze – przy przewijaniu, przebieraniu, podczas karmienia. Wszystko mnie boli, nie mogę siadać, z trudem docieram do łazienki – razem z łóżeczkiem Małego, bo boję się go choć na chwilę zostawić. Jestem półżywa, o 7 rano dzwonię do K i rozklejam się. K krzyczy, że mam wezwać pielęgniarkę, w końcu od tego one są. Przyjeżdża dopiero o 11. Wspólnie czekamy na decyzję o ewentualnym wypisie. Małemu pobierają krew, żeby zbadać poziom bilirubiny. Wreszcie o 15 słyszymy, że żółtaczka nie jest bardzo mocna, można jechać. Pakujemy się i o 17 jesteśmy w domu. NareszcieJ Koniec ciężkich przeżyć. A może początek?:)
Pomogła: 57 razy Wiek: 33 Dołączyła: 30 Wrz 2007 Posty: 595 Skąd: G. Śląsk
Wysłany: Pią 27 Cze, 2008 12:02
No tak, najważniejszy rezultat: zdrowe i piękne dzieciątko
Nie powiem, żeby o tym wszystkim dało się zapomnieć, ale wszystko to zrobiłabym jeszcze raz dla mojego szkraba
Napisałam też ku przestrodze, bo rodziłam w prywatnej klinice i okazało się, że nie wszystko było idealnie... Dałam się chyba zwieść reklamie. Może w niektórych państwowych szpitalach byłoby lepiej
Alina, jestes dzielna i pieknie napisałas to wszystko
_________________ SUWACZEK OD KINIACZKAOD MAMUSI DUDU:)OD MADZIALENKI:)OD ANIOLKIżyj-krzyknęła nadzieja Bez Ciebie nie potrafie-odpowiedziało cicho życie
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum