Kochane, postanowiłam założyć wątek gdzie każda z nas będzie mogła opisać jak rodziła! Nie wiem jak wy ale ja zawsze bardzo lubiłam czytać jak kolejne świeżo upieczone mamy opisywały swoje przejścia w czasie porodu
Zamieszczam opis moich przejśc jako pierwsza :dumbells:
[ Dodano: Sob 09 Lut, 2008 10:58 ]
Opis porodu i nie tylko
Tak, więc kochane po Nowym Roku zaczęło mi skakać ciśnienie. 2 Stycznia miałam wizytę u gina i kazał mierzyć i obserwować, jak znów skoczy powyżej 140/90 od razu zgłosić się do szpitala. 3 Stycznia znów mnie dopadło i po obiedzie przepakowałam torbę spakowaną do porodu, zabrałam najpotrzebniejsze rzeczy i na oddział. Przyjęto mnie tam z niemałym rozbawieniem, że 2 razy skoczyło mi ciśnienie i już się na oddział pcham, ale kazali zostać. 4 Stycznia rano pan ordynator zalecił kroplówkę z oxy, a nóż pani urodzi – stwierdził Kroplówka sączyła się 2 h i przez ten czas miałam dość silne skurcze, ale ledwo odłączyli wszystko minęło. Położna mnie zbadała, rozwarcie na pół centymetra, czyli prawie żadne. Jednak jakiś czas potem zobaczyłam czopeczek ale dalej nic się nie działo. W nocy z 4 na 5 stycznia zaczął pobolewać mnie brzuch tak okresowo, ale rano na obchodzie stwierdzili, że poniedziałek mam iść do domu, bo nic się nie dzieje Około 12:30 odeszły mi wody, nie było mi do śmiechu, bo były ciemnozielone Położna od razu mnie zbadała, kazała iść pod prysznic, dała 3 czopki i za godzinę miałam się zgłosić na porodówce. Płakać mi się chciało strasznie, bałam się, że z małym coś będzie nie tak przez te wody. Mama szybko przywiozła mi resztę rzeczy potrzebnych po porodzie i o 14 byłam na porodówce. Od razu podłączyli mi kroplówkę z oxy, ale dopiero o 15 pojawiły się pierwsze skurcze. O 15:20 położna mnie zbadała – rozwarcie na 2 cm. Zlazłam z łóżka i zaczęłam chodzić, cały czas z kroplówką oczywiście. Około 16 skurcze zrobiły się dość silne, jak się zbliżał skurcz miałam wrażenie, że nie ustoję na nogach, musiałam przytrzymywać się łóżka porodowego a jedną nogą kopałam w podłogę Około 16:20 przyszedł jakiś nieznany mi pan doktor (nienawidzę tego człowieka) i stwierdził, że teraz on mnie zbada. Przy tym badaniu pierwszy raz krzyczałam Bez żadnego ostrzeżenia wsadził mi łapę i zaczął masować szyjkę, po czym rzucił – rozwarcie na 4 cm i poszedł. Za chwilę przyszła położna, spojrzała na mnie i z przerażeniem w oczach mówi – widzę, że doktor panią badał. Ja nie miałam siły odpowiedzieć. Zaproponowała mi prysznic, myślałam, że nie dam rady zejść z łóżka, ale mnie namówiła i miała rację. Tam poczułam się jak nowonarodzona, ból był o wiele słabszy, ciepła woda działała cuda. O 17 przyszła po mnie położna, wchodzimy na porodówkę, patrzę a tam doktorek ubiera rękawiczki. Stanęłam w drzwiach i mówię, że nie chcę żeby on mnie badał, na co on mówi, że tylko sprawdzi rozwarcie. I co? Oczywiście powtórka z rozrywki, masaż bez ostrzeżenia, myślałam, że zejdę z tego świata! Po masażu rozwarcie na 6 cm no i zaczęły się takie skurcze, że myślałam, że pogryzę to łóżko. Darłam się na początku jak opętana, ale miałam super położną, pomogła mi jakoś to przetrwać, mówiła, co mam robić w danej chwili i było lepiej. O 18 przyszła druga położna i mówi, że dzwoniła moja mama i że ona kazała jej zadzwonić o 20 to może będzie coś wiadomo. Ja jak to usłyszałam, ze mam niby rodzić jeszcze 2 h stwierdziłam od razu, że absolutnie ja się nie zgadzam Oczywiście wywołało to ogólną wesołość a moja położna podeszła żeby mnie zbadać i zrobiła duże oczy – prawie pełne rozwarcie. Jeszcze dwa skurcze i usłyszałam – próbujemy poprzeć, no to dalej, zaparłam się i słyszę – rodzimy. W kolejnym skurczu urodziłam Adrianka była godzina 18:20 Niestety nie położyli mi go na brzuch, bo był 2 razy owinięty pępowiną i szybko zabrali go żeby sprawdzić czy wszystko ok. Było dobrze, dostał 10 punktów. Potem zabrali go do mycia i urania. Nawet nie pamiętam jak urodziłam łożysko, ale jak położna zaczęła mnie szyć poczułam dość silny ból, jednak szyła do końca. Po skończonej „robocie” zaczęła sprawdzać szwy i usłyszałam wyrok – popękało coś w środku w trakcie szycia Zawołali doktorka rzeźnika, który zdjął szwy założone przez położną, włożył we mnie 2 wzierniki i zaczął szycie od nowa Teraz dopiero zaczęło boleć, po pół godzinie męczarni błagałam o znieczulenie, na co pan doktor chętnie przystał (nie wiem, dlaczego nie podali mi tego znieczulenia od razu). O 20 zdjęli mnie z łóżka porodowego. Dobę po porodzie krocze tak mnie bolało, że nie byłam w stanie usiąść a nawet leżenie sprawiało mi dokuczliwy ból, jednak nikt na to nie zwracał uwagi – faszerowali mnie paracetamolem. Na drugą dobę było jeszcze gorzej, jednak na obchodzie stwierdzono, że rana goi się dobrze i wieczorem mogę iść do domu. Mały nie chciał ssać na leżąco, tak, więc siedziałam, płakałam i karmiłam moje dziecko pustymi jak się potem okazało cycami, bo położna ciągle mnie zapewniała, że laktacja się zaczyna i dziecko na pewno się najada. Po powrocie do domu zaczął się koszmar. Bolało mnie coraz bardziej, dziecko krzyczało w niebogłosy, jak się potem okazało z głodu. Przystawiałam go cały czas, ale nic się nie działo, cycochy miękkie, laktacji zero Rano wysłałam mamę do przychodni, myślałam, że zjawi się u nas jakiś lekarz, ale niestety pediatra kazał tylko kupić mleko modyfikowane i nie zamierzał obejrzeć dziecka. No, ale mleko kupiliśmy i mały został w końcu nakarmiony, ja nadal próbowałam go przystawiać, ale z cycków nic nie leciało i wolał butlę. Zaczęłam używać laktatora, myślałam, że to pobudzi piersi do działania, ale nic. 9 Stycznia zjawiła się u nas położna, i zawyrokowała, że laktacja jeszcze się u mnie nie zaczęła i nie wiadomo czy w ogóle się zacznie ze względu na to, że jak się okazało rana krocza jest zainfekowana i sprawia mi ogromny ból i to może być czynnik hamujący laktację. Kazała podmywać się w nadmanganianie i zapisała antybiotyk w aerozolu na ranę. Następnego dnia rano zmieniając małemu pieluszkę zauważyłam, że jego brzuszek jest cały w ropnych krostkach, pędem do przychodni gdzie dostaliśmy od razu skierowanie do szpitala Na izbie przyjęć zostałam poinformowana, że skoro nie karmie piersią to nie będzie dla mnie miejsca na oddziale a po drugie z zakażoną raną i tak nie powinnam tam przebywać. Miałam już wszystkiego dość, zadzwoniłam do swojego gina z prośbą o pomoc, chciałam żeby mnie szybko wyleczył abym mogła być w szpitalu z dzieckiem. Wizytę miałam mieć na drugi dzień. W szpitalu z małym została moja mama. Po wizycie okazało się, że rana jest zropiała i w ogóle się nie zrosła, szwy zostały zdjęte i tak do dziś goi się bez szwów i czekam aż się sama zabliźni, co jest dość długotrwałym procesem i jeszcze nadal mam problemy z siadaniem, choć Adrian jutro skończy 4 tygodnie. Gin zgodził się z opinią położnej, że pokarm nie wytworzył mi się w wyniku bólu i stresu, którego dostarczyła mi źle gojąca i zainfekowana rana krocza. Stwierdził także, że zakażenie wdało się z powodu przedłużonych zabiegów w celu opatrzenia rany po porodzie, czyli krótko mówiąc 1,5 godzinnego szycia. Moje dziecko przebywało w szpitalu 4 dni, wysypka zniknęła i wyszedł do domku 13 stycznia. Stwierdzili, że były to nasilone zmiany hormonalne. Od tego czasu powoli wszystko wraca do normy, ale ja jak pomyślę o wizycie kontrolnej u gina to chce mi się płakać, boję się badania i bólu. Dopadła mnie niestety depresja poporodowa ale z każdym dniem jest lepiej.
Przepraszam was za tak długi i szczególowy opis ale musiałam to z siebie wyrzucić!
Pomogła: 355 razy Dołączyła: 13 Paź 2007 Posty: 10
Wysłany: Sob 09 Lut, 2008 12:11 Re: Opisy porodów
Co do mojego porodu, to on taki zwykły, zwyczajny był. Taki najzwyczajniejszy w swiecie - z czego się bardzo cieszę zresztą. Jak przyjechaliśmy to zaprowadzili nas na salę (taką jednoosobową) i położyli na łóżko. Powiedzieli że po KTG wstanę to poród przyśpieszy. Jednak jak mi już to KTG odłączyli to już niewarto było wstawać bo rozwarcie powiększało mi się i bez tego bardzo szybko. Ile było bóli partych to ja nie pamiętam gdyż bolało jak cholerka i między skórczami skupiałam się na tym aby wybłagać znieczulenie - ale mi nie chcieli dać bo powiedzieli że nie stosują . Kiedy już widziałam że nie przelewki i znieczulenia mi i tak nie dadzą to sobie pomyślałam że jak to cholerka nie dam rady, muszę dać, w końcu każda kobieta daje radę. jak pomyślałam tak zrobiłam i urodziłam. Miałam świetną położną, bardzo miłą i kompetentną. Lekarza żółtodzioba, który chyba początkował w tej dziedzinie, jednak bardzo się starał i muszę przyznać że z dobrym efektem . Z ciekawostek powiem Wam że jak już po porodzie M poszedł do samochodu po torbę i pieluszki dla małej to zniknął na ponad pół godziny. Już się zaczęłam o niego martwić i myślałam sobie: wystraszył się chłopina i nawiał . Jak wrócił to okazało się że zacięła się winda którą jechał i musiał ręcznie rozciągnąć w niej drzwi żeby móc z niej wyjść.
09.01.2008 roku miałam wizyte u gina dlatego że TP już minął i miałam iść na kontrole.Tej nocy obudził mnie jakiś ból ale byłam pewna że mi się śni i poszłam tylko na siusiu i z powrotem do łóżeczka.Około 5 się obudziłam znowu bo coś bolało i myślę sobie że to skurcze i licze co ile są.Niestety nie doczekuje do następnego bo zasypiam hihi.Godzina 6:50 mąż wychodzi do pracy no to wstaje i orientuje się że mam skurcze co jakieś 10 minut ale mężowi nic nie mówie tylko grzecznie zamykam za nim drzwi i myk do neta.Czytam sobie o początkach porodu i ile trwa akcja skurczowa do pełnego rozwarcia przy trzecim porodzie.No i wyczytałam że ok. 7 godzin więc się nie śpiesze.Budze dzieci i szykuje się do gina.Godzina 8.Dzwonie do M i mówie mu że chyba mam skurcze i że ide do lekarza bo chce sięupewnić czy to nie fałszywy alarm.No i ide sobie do przychodni,stoje grzecznie w kolejce.Wchodze do położnej, mówie że mam skurcze a ona mnie bez kolejki do lekarza wpycha.Gin mnie bada i „o matko,ma pani samochód pod przychodnią?? Pani ma 4 cm a to trzeci poród i oby pani do szpitala zdążyła”
Dostałam takiego stresa że skurcze co 5 minut mi się zrobiły.No to biegiem do domu po torbę,w między czasie sms do Agak i tel do męża i teściów po auto.Teściowie byli po 10 minutach.Wcześniej Wiki biegiem po torbę pobiegła żeby było szybciej.
Koło 10 jedziemy do szpitala.Jesteśmy na miejscu o 10:30 czy jakoś tak.Na izbie przyjęć kolejka.Robią selekcje która bardziej zaawansowana.Ja wchodzę po dziewczynie, która miała 9 cm rozwarcia.Badania i mam 6 cm.Papierkowa robota,formalności,USG, KTG i na porodówkę.NA porodówce byłam o 11 z minutami i pod KTG na zapis.Leżałam pod nim do 12:10 czy jakoś tak.Po odłączeniu mogłam zejśći sobie połazić.Poszłam siusiu i patrze na podłodze krew.No to ładnie posprzątałam (głupia jestem co) i o 12:17 (dokładnie bo mam go jeszcze) sms od męża czy może zadzwonić.No to dzwoni i nagle ja mówie do niego że i tak go nie słucham bo mnie cholernie boli i się rozłączyłam.Było jakoś 12:25 jak zaczęłam pożadnie krwawić i pierwszy skurcz podobny do partego a ja na środku Sali.No to wołam położną i mówie jej że rodze.Panika bo wszyscy myśleli że sobie tam troszkę posiedzę gdyż na KTG skurcze byle jakie były a na badaniu 10 cm i skurcze parte.Pamiętam bo zegarek miałam pod nosem jak o 12:30 gotowa i ja i położna z ekipą i hasło że mogę przeć.Malutka rodziła się barkiem więc musiałam przeć nawet bez skurczów żeby szybciutko poszło.W efekcie o 12:35 na świat przyszła moja kochana córeczka Magdusia.Waga 3980 i 56 cm.Nie położyli mi jej na brzuchu bo malutka przez barkowe ułożenie była niedotleniona troszkę i po zważeniu pojechała na wcześniaczki na badania i do inkubatora.
No to w skrócie i pisane biegiem póki Madzia śpi
Powiem tylko tak, pomimo szybkiego porodu był to najcięższy poród mój bo bolało przez ułożenie Madzi.Dzięki wspaniałej położnej nie popękałam a Magdusia urodziła się szybciutko cała i zdrowa bo wiem do czego mogło dojść…
Magdusie dostałam dopiero o 15:45 dokładnie i od razu domagała się jedzonka
TP wg Om miałam 28.01., ale wg USG z początku ciąży wychodziło, że 01.02.
Od połowy stycznia ginek wyrokował bardzo rychły poród, bo szyjka miękka i zaczynała się rozwierać, a część czopa śluzowego wypadła mi już przed Bożym Narodzeniem.
Czekałam i czekałam... skończył się styczeń, i 1 lutego od ok. 16 zaczęłam mieć skurcze, na początku nieregularne, co 10-13 min, ale nasilały sie i już ok 20 były co 7 min, ok 21 zaczęły mi odchodzić wody.
Szybko ubrałam się, spakowałam dokumenty i pojechaliśmy do szpitala.
M był ze mną cały czas.
Położna podłączyła mnie do KTG (w domu, od czasu gdy odeszły mi wody, miałam wrażenie, że nie mam skurczy) i pojawiła się pani dr. od razu zawyrokowała, że dziecko jest duże - ponad 4kg. Rozwarcie było na 3cm - kazała chodzić, kucać itp. Skurcze robiły się niedozniesienia, dostałam jakieś znieczulacze w kroplówce, ale na niewiele się to zdało, z bólu zaczęłam wymiotować. Ok. 2 położna stwierdziła, że mam za słabe skurcze, i dostałam kroplówkę z oksytocyny. Po pół godz. zaczęły się bóle parte i mój koszmar - okazało się, że główka zaczyna wychodzić i cofać się wraz ze skurczem... Zbiegło się kilka osób w tym 3 ginekologów. Słyszałam, jak dr, która była ze mną od początku mówi, że to jest najgorsza sytacja położnicza jaką ona zna, i decyzja o cc była już prawie podjęta, błagałam o to, choć pamiętałam jak mój gin mówił mi, że cc w II fazie porodu, to tak jakby do macicy kobiety wrzucić granat Ja już nie czułam czy mam skurcze czy nie, bo bolało cały czas. Najprzytomniej zachował się dr Włodarczyk, który kazał podąć ostatnią próbę parcia - położna nacięła mi krocze, a dr całą swoją siłą wypchnął Marysię... Ulgi jaka nastepuje po wyciągnięciu dziecka, nie da się opisać, a widok tej małej istotki sprawia, że zapomina się o wcześniejszym bólu. Gdy mi ją pokazano nie widziałam nic oprócz tego, że jest taka piękna...
Załozono mi dużo szwów, także wewnątrz (choć te nie bolą) i zaraz po porodzie miałam podane 750ml krwi, bo straciłam jej ponad 0,5l a w pewnym momencie po porodzie miałam ciśnienie 70/50...
Mała dostała 8pkt, głównie ze względu na siną skórę zaraz po urodzeniu.
Pobytu w szpitalu nie wspominam miło, Mała dawał mi w kość, bo nie miałam prze pierwsze 3 dni po porodzie pokarmu, płakała godzinami, a ja razem z nią...
Wyszłam do domu w 4 dobie, na własne żądanie, musiałam to zrobić, bo przypłaciłabym pobyt w szpitalu depresją poporodową...
Eliza, Aneta, Nutelka i Gosieńka ale dzielne z was mamusie :clap2: Wasz trud i ból został nagrodzony pięknymi dzieciołkami
Te emocje jeszcze przede mną, ale chyba też podzielę się wrażeniami już po Na razie mam tylko zapiski z 3mies. po urodzeniu pierwszej córeczki (w pamiętniku) i bardzo lubię je sobie czytać. To naprawdę niezapomniana pamiątka!!! Chociaż muszę przyznać, że wiele szczegółów umyka z pamięci po jakimś czasie.
Pomogła: 173 razy Dołączyła: 13 Paź 2007 Posty: 27
Wysłany: Pon 11 Lut, 2008 13:56
Jak dobrze wiecie - skurcze miałam od 15. stycznia
Ale Zuzka czekała na legitymacje ubezpieczeniową
Tak więc kiedy Tatuś wrócił do domu wreszcie z legitymacją (16.stycznia) - postanowiłam sie spakowac - a wlasciwie dopakowac rzeczy do torby.
Wieczorem się wypluskałam, wkokosiłam zadek w Mężusia i spałam błogo do ok.5:30
Od 6 zaczełam mierzyc odstepy między skurczami, bo wyraźnie sie skróciły. Koło 7 sie uspokoiły... a że Karor miał wolny czwartek i bez problemu mógłby nam towarzyszyć przy porodzie, to zdecydowalismy sie na radykalne "wypedzenia" Zuzki
Potem "mądra" Gosia poszła do wanny sie wygrzać i z wanny mnie już prawie Karor wyciągnął Skurcze co 5 minut! I to bolesne
Chyba przez całą ciąże zakladanie skarpetek mi tak sprawnie nie szło, jak wtedy
Koło 10 sie wreszcie wyszykowałam, tata przyprowadził samochód, chwyciliśmy torbe i w długą do szpitala!
Na izbie przyjęć o dziwo siedziała miła kobieta, dałam jej wszystkie papiery, a ona wskazała mi miły pokoik, gdzie miałam sie przebrać. Karor oczywiście cały czas ze mną, bo przy każdym skurczy nogi mi podcinało (he he... tak mi się zdawało )
Nastepnie przyjęto nas na oddział, Karora zostawili na korytarzu, mnie wzięto na badanko...
I tu 1 zonk - po 10 minutach KTG NIE WYKAZAŁO ANI PÓŁ SKURCZYKA A miałam skurcz podczas badania
Bardzo miła pani... (Krysia jak sie potem okazało), uświadomiła mnie, że bóle krzyzowe nie są wykrywane przez aparature ktg nic tylko umrzeć! bo ja tylko krzyzowe miałam
Nastepnie przyjęla mnie Pani dr Wróbel-Ćwirek, zbadała mnie i mówi: "Szyjka fajna, rozwarcie na 2 palce, dzisiaj rodzimy!"...
Prawie spadłam z fotela niby gotowa, ale jednak nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee
Przydzielono nam milusi pokoik, dostałam łózko (tortur jak sie potem okazało!), i kazano czekać na rozwarcie! Rozkokosilismy sie w pokoiku, zaczelismy klazić po korytarzu... bóle były, ale że człowiek takie dziwne bydle, to do wszystkiego przywyknie...
I tak łaziliśmy do godziny 14stej,Karor kochany każdy skurcz mi rozmasowywał, soczki podawał - mój M najdroższy ... wezwano mnie na kolejne badanie, poszłam sobie, leże na kozetce, ta mi tam gmera... i co słysze????????????????????????????
- "Uuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu... rozwarcie tylko 2,5 " LUDU PAŃSKI! Tyle łażenia, a tu tylko pół palca?????????????????? Prawie się poryczałam...
No i wtedy miałam masaż szyjki nr1! I wtedy sie juz poryczałam...
Była zaledwie 15sta, a ja nie miałam sił…
Karor z każdym moim skurczem kurczył się i widziałam, że ma serdecznie dość tej bezsilności…. Ok. 16 szlismy przez korytarz i wtedy przewozili świeżo narodzone dzieciątko! Słuchajcie! Taki POWER we mnie wszedł jak usłyszałam ten płacz, jak zobaczyłam małą kochaną rączkę… Przytuliłam się mocno do Karorucha, wzięłam go za łapke i na schody!
Dobrze, że położniczy jest u nas w osobnym segmencie szpitala i w sumie na schodach nikogo nie było, latalismy tam i z powrotem (nastepnego dnia po porodzie łydki mnie bolały), Karor dzielnie rozmasowywał mi każdy ból, wycierał każdą łezke i dawał klapsa w zadek za każde: „Nie dam rady…” A ja się darłam na tej klatce schodowej jakby mnie ze skóry obdzierali…
Potem znów zawołali nas do zabiegowego, sprawdzenie tętna dzidzi i masaż szyjki nr2 ;(
Łzy mi już same ciekły, a Karor nie dał się wygonic z zabiegowego i trzymał mnie za ręke (jak to pisze i przypominam sobie, to ja na serio nie dałabym rady bez Niego!)
Po tym drugim masażu już nie miałam siły na schody, zaczeły mi się sączyć wody, więc kapa było chodzić po korytarzu… wróciliśmy do przydzielonego pokoiku. Jednak przez odchodzące wody cały czas miałam wrażenie, że chce mi się siusiu Toteż przenieśliśmy się do wc! (klimatycznie, nie?! ) Tam już nie wiem ile czasu spędziliśmy, bo bolało jak diabli, nawet raz ugryzłam parapet
Potem już się toczyło szybko…
O 18:40 wzięto mnie do przedporodowej sali… Podłączono do ktg, chyba były jakies skurcze, bo dostałam klimatyczna piżamke! Aż dwa sznurki miała! Chociaż powiem Wam, że mnie już wszystko… :x „mało obchodziło!” … Przyszła zasmarkana położna w maseczke (jak Boga kocham- jak Hanibal wyglądała), kazała się położyć na kozetce i mówi:
- „To sprawdzimy rozwarcie i dam Ci od razu czopki (tu padła jakaś nazwa, ale trudno wyczuć jaka ), żebyś miała rozwarcie…”
Po chwili mnie bada i stwierdza:
- „I po co Ci te czopki dawałam, jak Ty masz pełne rozwarcie!”
A potem zaczeła mi gmerać… nie wiem, co robiła, ale wiem, że zaczełam mocno krwawić no i że wody zaczeły sobie po prostu płynąć…
Kolejne 20 minut spędziłam w wc… Czemu? Bo mądra Gosia uparła się, że chce mi się kupke! Debil ze mnie skończony… A to było już TO parcie!
W końcu Karor mnie wziął z tej łazienki, bo ja oczywiście musiałam posprzątać po sobie (jak Nutelka ;) )
O 19:05 kazali mi wleźć na łózko porodowe, połozyć się na lewym boku, a prawną nogę przełożyć nad lewą i się zaprzeć o taki kikut… WTEDY SIĘ ZACZEŁAM NA SERIO DRZEĆ! Bo ja tam czuje główkę, a oni mi się każą w człowieka-gume bawić! Na szczęście wtedy wszedł Anioł- moja położna Zosia!!! Będę wdzięczna kobiecie do końca życia! Pozwoliła mi noge odłożyć, luka i mówi: „Pani doktor szybciutko, bo my już tu rodzimy!”
A potem już tylko słyszałam Karora: „Tak Kochanie, jesteś wspaniała, jeszcze troszeczke…”
I po zaledwie 4 skurczach partych, na dwie raty ;) (1-główka do połowy, 2 – reszta Zuzy)
o 19:23 URODZIŁA SIĘ ZUZIEŃKA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Która z nas rodziła wie, że to najcudowniejsza chwila w życiu! Nie dość, że tej q-rewski ból się wreszcie kończy, to na dodatek masz na piersi najcudowniejsze dzieciątko!!!
Zuza nie wydarł się jak to sobie wyobrażałam, tylko zapłakała tak: „Hejoooooołłłłł jestem Kochani!” wycałowaliśmy ją z Karorem calutką! (była czyściusia, miała tylko malutką smugę krwi na główce) – no i nasze dzieciatko rodziło się w czepku! Ale położna musiała naciąć tą błonke
Potem była super akcja, ponieważ p. Zosia wzięła te nożyczki do przecinania pępowiny, a Karor z takim oburzeniem: „ALE PĘPOWINE TO PRZECINAM JA!” i chlas jej te nożyczki z rąk… Jak się zaczeły śmiać obie z doktorką, He He…
A potem Karor poszedł z Malusia do kąpieli, mierzenia, wazenia itp.
A ja zostałam tylko do tych dziwnych zabiegów…
Chociaz powiem Wam, że to wolałabym przespać… nie dlatego, ze bolało… tylko dlatego, żeby nie słyszec…
Miałam tak zestarzałe łożysko, że powinnam mieć wywoływany poród już ok. Nowego Roku!!! To, że Zuzka tak mało ważyła, to efekt tego, że od co najmniej 3 tygodni moje Kochane dzieciątko po prostu głodowało!!! ;( Doktórka powiedziała tylko tyle, że szczęście że pępowina została na tyle drożna, że Zuzka była dobrze dotleniona, bo inaczej mogło się to nie za dobrze skończyć… ;( (nikt o tym nie wie… ani Karor ani moi Rodzice… nie chciałam ich straszyć…) Pani dr Wróbel- Ćwirek już się w szpitalu nie pokazała, dopóki ja byłam… Ciekawe, dlaczego?!?!?…
Teraz, kiedy patrze na Zuze, nie pamiętam ani jedneg skurczu, ani jednaj łzy…
Pamiętam tylko głos Karora na porodówce i pierwsze spojrzenie oczków Zuziuni…
I tylko to chce pamiętać…
Szymkowi stuknął miesiąc to może wreszcie i ja opiszę wrażenia z porodówki zanim obrosą legendą
Może zacznijmy od retrospekcji bardziej oddalonej, czyli 15 lat temu-poród Krzycha
Moje dzieci należą do tych upartych-Krzysiek miał termin na 28 tycznia, ale 10 lutego nic nadal nie wskazywało, że chciałby się urodzić. Mamusia zdała ostatni egzamin w sesji, wzbudzając panikę u profesora (proszę dac mi indeks, ma pani piątkę i prosze już iść, ja nie umiem porodów odbierać ) i po południu zgłosiła się do szpitala
Następnego dnia rano o 7 podłączono mi oxy
Juz po 5 minutach pojawiły sie skurcze, jak teraz wiem, że lajtowe, co 4-5 minutek i tak sobie trwały z rozwarciem powolutku zwiększajacym się do 3 palców do mniej więcej 20... wtedy prawdopodobnie pękł pęcherz płodowy, ale ponieważ wód było minimalnie to nawet tego nie poczułam-za to zaczęły się bóle parte-kazali przejść na "samolot" odłączając oxy-wcześniej leżałam te 13 godzin na ceratowej leżance pod ktg -i kilka razy"nie przyj jeszcze, jeszcze nie"-potem skurcze ustały... a tu już główka w kanale-więc musiałam przeć mimo braku skurczów, szybki zastrzyk z oxy, lekarz położył mi się na brzuchu całym ciężarem (miałam potem siniaki) i wypchnęliśmy młodego... dostał 9 punktów za sina skórę, musieli mu dawać tlen... była 20.35, mały ważył 4950 i był długi na 57cm. Popękałam bardzo mimo nacięcia, szwy miałam na szyjce i nawet na odbycie
ale jak tylko zobaczyłam Krzycha to juz o niczym innym nie pamiętałam
Myślałam, że to był ciężki poród-tyle szwów i w sumie ponad 13 godzin...
ale i tak się dziwiłam-po co kobitki przy tym krzyczą, no jest ciężko, ale kazdy skurcz ma cel-urodzic mój cud-i jest to do wytrzymania....
Taaaaa.....
Tym razem synuś nr 2 okazał się równie uparty i mimo grudniowych alarmów-jakieś skurczyki straszące nas od czasu do czasu, przewidywania ginka, ze "do 15 grudnia urodzisz"...olał termin 5 stycznia i siedział sobie cichutko u mamusi. KTG wykazywało jakieś tam skurcze-ale rzadko i nieregularnie, szyjka była wciąż długa i twarda, zero rozwarcia... Już od 10 gin namawiał nas na szpital, ale ponieważ nie było żadnych niepokojących objawów-czekaliśmy... W końcu usłyszałam, że 17 lstycznia o 8 rano mam być w szpitalu i koniec-18 podejmujemy próbę oxy
Chwytałam sie wszystkich "sposobów" wypędzania maluszka, ale miał to w głębokim poważaniu
z 16 na 17 w nocy znowu pojawiły sie skurcze tak co 10-15 minut, rano poszłam pod prysznic ostatni raz w domku-i zaczęłam krwawić
O 8 byliśmy w szpitalu-i z powodu tego krwawienia od razu skierowali mnie na porodówke i na oxy
Miałam umówiona przesympatyczną położną, wiedziała, że w piątek możemy rodzić, a w czwartek była akurat na dyzurze-więc od razu miałam ja "pod ręką"
No a przede wszystkim był ze mną nieoceniony Mężuś !!!
Ok 10 podłączyli mi oxy i zaraz zaczęły się skurcze najpierw co 10, zaraz co 5 minut
Lajtowe, a rozwarcie na 1,5cm
około 12 zwiększono dawkę oxy i nagle tętno małego zaczęło gwałtownie spadać-zaraz pojawiło sie trzech lekarzy, odłączyli oxy i powiedzieli, że sala do cc czeka przygotowana.... a ja się strasznie bałam cc
Po odłączeniu tętno wróciło szybko do normy, więc podłączyli jeszcze raz ale ta mniejszą dawkę
Położna powiedziała, że w takim razie przed północą to pewnie nie urodzimy
Zbadała mnie masując szyjkę-no do przyjemności to nie nalezy niestety
W tym czasie mogłam chodzic, bylismy z M pod prysznicem, próbowalismy wszelkich wynalazków-stołeczka porodowego, materacyka, piłki-i ta mi najbardziej podeszła, w czasie skurczów lekko na niej podskakiwałam i sie kołysałam....
Koło 13.30 kolejna próba zwiększenia dawki oxy-tym razem udana, mały nie zareagował...za to chwile później-ok 14- odeszły mi wody
Tym razem było ich sporo, na szczęście czyste
No i zaczęła się jazda-od tego momentu miałam bóle wyłącznie krzyżowe.... nikomu nie życzę M dwoił się i troił zeby mi jakoś pomóc
W ciąży miałam niskie ciśnienie, a teraz zaczęło mi jeszcze spadać-zaczęło mi sie robic słabo, ten czas wspominam jak przez mgłę, siedziałam na tej piłce opierając się o M, a własciwie to on mnie na niej podtrzymywał, miałam półprzymknięte oczy i lekko odlatywałam...
Położna zaczęła się o mnie bać, szybko pobrali mi morfologię-miałam 12 hemoglobiny, więc ok...
Dały mi w kość te bóle (szczególnie ogonową ) , myslałam, że juz nie dam rady
Koło 16 kolejne badanie i masaż
Rozwarcie sie nie powiększało i bałam się, że tak jeszcze wiele godzin bedzie...
I nagle około 17.30 zaczęły sie bardzo silne bóle parte-połoznej chwilowo nie było przy nas, powiedziałam m, że muszę ją szybko spytac, czy juz moge przeć... zaraz się zjawiła, kazała się połozyć i okazało się, że główka już się pcha-rodzimy !!!
Byłam prawie nieprzytomna, na sali pojawiło sie więcej ludzi-dwóch lekarzy, jeszcze jedna połozna, studenci-a ja myslałam, że to sen, że mi się to tylko wydaje
Samego parcia było niewiele-potem połozna mówiła, że dobrze współpracowałam-chyba podświadomie-a własciwie to M parł za mnie-trzymał moją głowę i mówił kiedy :dumbells: :dumbells: kilka skurczów, kilka parć-i młody sie urodził
10 punktów 4200g i 60 cm
Cudo nasze
Ostatnio się okazało, że bolący mnie wciąż tyłeczek (minął miesiąc) to peknięta kość ogonowa-tak się czasem zdarza, szczególnie przy dużych dzieciach
poza tym przy nacięciu poszło mi naczynie którego nie mogli zlokalizować-straciłam ponad pół litra krwi i morfologia po porodzie wykazała już hemoglobinę 9, potem 7
Szymo urodził się o 18, a ja do 13 następnego dnia nie mogłam się z łóżka podnieść-bo mdlałam
dlatego dostałam go dopiero o tej 13, a na noc znowu mi go zabrali-mimo mojego uporu bardzo fajna pielęgniarka z noworodków mnie przekonała,że zrobie jeszcze krzywdę i jemu i sobie
Rodziłam we Wrocławiu na Chałubińskiego
Uważam, że caly personel i porodówka i półoznictwo i noworodki sa tam super kompetentne i zyczliwe
Nie moge miec żadnych zastrzeżen, były pomocne i dla nas i dla dzieci i dla piersi
Jedynie jedzenie okropne-jednego dnia po marchewce na obiad pół oddziału dzieciaczków miało straszne zaparcia-i podobno to nie pierwszy raz-co oni tam dodaja do tej marchewki!!??
Moją najmłodszą latorośl-jak się uda ją "wyprodukować"- chciałabym tez tam urodzić...chociaż podobno maja ten szpital likwidować... :cry:
Ale się napisałam....
Powiem wam na koniec jedno-głupio to wymyślone z tymi porodami, że to tak boli...ale naprawdę da się wytrzymać to raz, nagroda jest super to dwa i szybko się zapomina...
Wszystkim, które mają to przed sobą życzę łatwych, lekkich i przyjemnych !!!
_________________
Ostatnio zmieniony przez agak Sro 20 Lut, 2008 11:59, w całości zmieniany 1 raz
8 lutego wylądowalam w szpitalu...z powodu zbyt wysokiego ciśnienia...polożyli mnie na patologii...no i tak juz zostalam...mialam miec wponiedziek 11 lutego indukcje....ale docent zdecydowal ze dopiero we wtorek beda mi wywolywac...
No i oczywiście pobudka o 6.30...polozna lewatywke zrobila hihi,przebralam sie w koszule do porodu ,i na czczo zostalam zaprowadzona na porodowke...
Podlączyli mnie o kroplowki i zaczelm czekqac...nic sie nie dzialao...i skurcze nie byly takie straszne...
Niestety po 6 godzinach odlaczyli mnie gdyż musialam ustapic miejsca kobiecie "bardziej potrzebującej"...kazali iśc mi na patologie i czekac....i tak siedzialam jak durna bez jedzenia , az przyszedl lekarz i powiedziala ze juz nie ma sensu mnie dziś podlaczac.... Rozryczalam sie gdyż jednak takie czekanie i siedzenie na gloda, bardzo mnie wyczerpalo...:(...i niestety znow zostalam z brzuszkiem...W srode docent juz zadecydowal...czwartek 14 luteo duga indukcja, a jak sie nie uda to cc....Ucieszylam sie ze wreszcie wiem na czym stoje....
W czwartek z rana powtorka z wtorku, ...lewatywka, biala koszula, woda pod pache i marsz na porodowke...podlączyli mnie znow...ale juz tego dnia czulam bardziej bolesniejsze skurcze..
.O 12 przyszedl lekarz i powiedzial ze przebijamy pecherz plodowy , bo tak czy siak dzis juz rodze, wiec odwrotu nie ma...przebil, wody odeszly i od tego momentu dowiedzialam sie co to naprawde znacza skurczeporodowe....:((((( bolalo coraz mocniej i coraz czesciej....wilam sie z z bolu...polozna zbadala mnie i stwierdzila rozwracie na 2,5 cm....zadzwonili po anestezjologa...czekalam na niego jak na zbawienie...przez te bole nie moglam na niczym sie skupic...lezalam i wilam sie zbolu zaciskając zeby...mial przyjechać po 20 minutach , ale nie bylo go ponad 1,5 godziny...
Dopiero po 15. zostalam znieczulona....poczulam wyraźna ulge...jedna dawka starczala na 1,5 godziny....wiec mialam podane az trzy ...
po 18 mialam juz pelne rozwarcie i kazali mi czekac na skurcze parte...ale nie pojawialy sie...wiec polozna zadecydowala ze juz nie ma na co czekać i kazal mi przec na zywca...bez skurczy partych...przyszedl leakarz i anestozjolog i zaczeli mi pomagac...wypychali mi na sile synka w momencie parcia...trwalo to okolo 30 minut i juz o 19.00 na swiecie pojawil sie moj synek...
Zszyli mnie, i wyczerpana zawieźli na sale...Okolo 22.00 przynieśli mego Skraba...i wtedy zapomnialam o calym bolu....nie moglam sie napatrzec na niego, nie spalam calą noc...Na drugi dzień nie dalaam rady wstac....kazda proba konczyla sie ze ladowlam na ziemi nieprzytomna...niestety za duzo krwi stracilam ...kzaloi mi duzo pic i podawli leki...
Cale szczęscie teraz juz jestem w domku i powoli dochodze do siebie...bardzo mi pomagaja w opiece nad synkiem moj mąz i moja mama...i dzieki Ci Boże za nich gdyż samaa bym nie poradzila gdyż do wtorku mialam problemy z chodzeniem...dzis juz jest lepiej...kulam ale chodze i to jest najwazniejsze...
zaczęło się tak
wieczorem bylam na ktg i doktore dal mi dobe na urodzenie, ale jakos nie uwierzylam mu bo juz tyle razy mialam falszywe alarmy... polozylam sie spac ok 22 ale zaraz zadzwonil MM z pytaniem czy na pewwno on ma siedziec w tej wawie, bo jak cos to on ma transport i moze przyjechac, ale ja stwierdzilam ze nic sie nie dzieje wiec niech siedzi w tej swojej ukochanej wawie. ze spania nici...wiec wlazmal ma forum i na gg, pisalam sobie z Basia a tu nagle cos mnie tylek zabolal, nawet sie poskarzylam Basi, a ona ze zaboli mnie po porodzie (diabel) pogonilo mnie do WC, po chwili znowu...no i zabolalo juz nawet nie napisalam co sie dzieje, tylko obudzilam brata. a ten ze ja sie nasluchalam doktorka i do glowy nabralam z tym rodzeniem, ze jak sie poloze spac to mi przejdzie...myslam ze go udusze ja z bolu prawie skacze a ten mi wkreca ze zmyslam ale wreszcie do niego dotarlo o co kaman i sie obudzil, z tego wszystkiego to kompa wylaczylam nic nie piszac. po drodze do kliniki spiewalam bo mi glupio bylo piszczec przy bracie i pilnowalam zeby jechal przepisowo, bo balam sie ze zatrzyma nas policja i urodze w samochodzie w klinice najpierw ktg, potem przebieranko w zielony ciuszek i na lozeczko do rodzenia, odrazu zazyczylam sobie znieczulenie bo tak mnie plecy bolaly ze zapomnialam ze mialam probowac rodzic bez ... teraz zastanawiam sie jak to bylo mozliwe ze przy wkluwaniu i podawaniu leku siedzialam nieruchomo...chyba ktos mnie zaczarowal polozna SUPER kobieta masowala mnie, dawala mi wode / wypilam w sumie 2 litry przez 4 godz / dzis wiem ze wszystko zawdzieczam pani Uli. o 4 nad ranem zawolano lekarza bo zaczely sie skurcze parte. niestety moja dziura ciasana sie okazala i doktorek musial mi pomoc , ja parlam on wyciskal... i nagle PLUM i widze swoje dziecko, odruchowo polozylam reke na brzuchu i poczulam jakas gabke zamiast twardej pilki odebralo mi mowe...patrzylam na to moje dziecie i nie wierzylam ze to juz po wszystkim, loszysko i szycie przebieglo gdzies obok mnie, bo ja jak zaczarowana patrzylam na swego synka przez ta moja ciasna dziure maly urodzil sie zmaltretowany, ale dla mnie i tak byl sliczny i wtedy zdecydowalam ze jednak bedzie Dawid. 2 godz przelezal w inkubarorze na dogrzewaniu. jak juz go wyjeli to ja wymyslilam ze che do WC, zeby tylko miec pretekst wstac no i jak wrocilam z kibelka to wzielam malego na race i polozylam sie z nim do lozka! ale mnie opierdzielili!!! ze upuscic moglam!!! a ja sluchalam ich i w myslach sie smialam, bo chyba nigdy nie mialam tyle energii co wtedy...o 6.30 zadzwonilam do M / po godzinie juz byl praktycznie pijany tak sie zwalnial z pracy/ no i zadzwonilam do swoich rodzicow, ale mama mi nie uwierzyla, myslala ze zarty sobie robie z cycek nic mi nie chcialo plynac ale wycisnelam jakas kropelke i dalam malemu to zlizac i tak mu to lizanie zakodowalo sie ze potem musialam z nim stoczyc walke o ciaganie a nie lizanie cycka. oczywiscie zaraz przyjechalam mama, potem brat, a na koncu MM z kolega z pracy , prawie wytrzezwial po drodze. zasnelam po dobie od porodu
a skonczyło się tak
19.02.2008 – rutynowe KTG (które nie wykryło skurczy) po którym zostałam skierowana do szpitala z nadciśnieniem. Już na drugi dzień, po pięknie przespanej nocy, zrobili mi na OCEP znów KTG i znów zero skurczy i wysłali na porodówkę na test z oksytocyną. Skurcze (których w ogóle nie czułam ) zaczęły się pisać na tej diabelskiej maszynie dopiero po 4 jednostkach.
21 lutego rano znów KTG i cała obsada lekarska OCEP-u zadowolona z moich pięknych regularnych skurczy… i nikt mnie nie słucha że ja nic a nic nie czuje…
Pan zastępca ordynatora zbadał mnie i stwierdził rozwarcie na dwa palce… zrobił test wód płodowych i okazało się że są „nieczyste”… jeszcze nie zielone ale już nie ciekawe i wysłał mnie na wywoływanie porodu na porodówkę.
O 12.00 na porodówce położyli mnie na łóżko i znów podpięli KTG… przyszła położna i mówi że chyba będziemy podpinać oksytocynę ale zobaczymy najpierw zapis…. w tym czasie jak mi się te cholerne skurcze pisały a ja ich nie czułam rodziły 2 kobiety i było jedno cc wykonywane … lekarzy kręciło się od groma i każdy zaglądając do zapisu KTG szczęśliwy i mówi że się pięknie poród rozkręca… Jaki poród do diabła jak ja nic nie czuje?? Mąż w szoku bo też nie tak to sobie wyobrażał… Na dyżurze był akurat mój gin prowadzący, który też się cieszył moimi ”skurczami” … dodam co 4 min …
Po 2 godzinach o 14.00 przyszedł mój gin i przebił mi pęcherz z wodami, żeby te „nieczystości” odeszły…. No i tak naprawdę ja zaczęłam wtedy dopiero odczuwać jakiekolwiek skurcze…
Siedziałam sobie na piłce i oddychałam spokojnie… skurcze co 3 min…
Po jakimś czasie przyszła położna z moim ginem i mnie zbadali… rozwarcie na 3 palce tylko ale i skurcze miałam nie za bolesne… lekarz stwierdził ze jak będę miała na 4 palce to wsadzą mnie do wanny…
Potem położna zrobiła lewatywę i podała relanium… troszkę jeszcze pochodziłam i wzięłam prysznic… przyszedł lekarz i zrobił mi masaż szyjki… po tym moje rozwarcie skoczyło do 6 cm skurcze częstsze i boleśniejsze ale wszystko do wytrzymania… wsadzili mnie do wanny i tam już nie czułam nic… tylko błogo leżałam pod hydromasażem…
Po wyjściu z wanny rozwarcie na 8 cm wiec troszkę w kolankowo-łokciowej poćwiczyłam i przyznam że te kurcze były boleśniejsza ale za to rzadsze…
Jak już miałam pełne rozwarcie położna wsadziła mnie na łóżko i zawołała lekarza… lekarz stwierdził że „warunki mam świetne do rodzenia” popatrzyli… no i się zaczęło… skurcze parte… po 2 takich diabłach główka w kanale rodnym… położna stwierdziła że jestem jak błyskawica a „dzidzia ma włoski i napewno nie będzie łysa” nawet spytała się męża czy chce zobaczyć…. Za 3-cim skurczem partym… pierwsze parcie nic… drugie parcie główka na wierzchu… 3 parcie… hlup i dzidzia płacze mąż płacze i ja płacze … była 21:40
Położyli mi malutką na piersi była troszkę sinawa … mój mąż przeciął pępowinę …
A kiedy łożysko wyszło nawet nie zauważyłam…
Mąż poszedł z małą na badanie a mnie zszyli… lekarz po wszystkim powiedział do męża że ranę mam malutką…
Mała 3500g i 56 cm szczęścia… 9/10/10 punktów Abgar
O godz 23 byłam na położnictwie i karmiłam małą…
Krocza już nie czuję… zagojone… siedzą normalnie ;)
Dziś Natalka kończy pierwszy tydzień życia a my jesteśmy najszczęśliwsi na świecie…
To i ja spróbuję opisać, o ile córcia mi na to pozwoli, bo słyszę, że się wierci w łóżeczku.
Termin porodu wg OM miałam na 12 lutego, a z USG na 18.
8 lutego poszłam na wizytę do ginekolog, tam pogadałyśmy sobie, że chciałabym już urodzić, że robię kilometry na spacerkach i nic się nie rusza, że M ma jutro urodziny, że fajnie by było zrobić mu prezent w postaci córci itd. No więc moja kochana pani dr stwierdziła, że jak tak bardzo chcę to może mi w tym pomóc, bo dziecko jest już w terminie, donoszone i na pewno wszystko jest ok.Położyła mnie na fotel, zbadała i mówi, że pewnie do terminu z OM i tak bym urodziła, ale, że te urodziny M to ona spróbuje przyspieszyć i zrobiła mi masaż szyjki(nie było źle).Po masażu rozwarcie na palec i czop zaczął wylatywać. Gin mówi, że teraz to tylko na skurcze czekać. Wstałam z fotela i do domu szłam z trzęsącymi nogami bo dopiero do mnie dotarło, że to już
ok. 2 w nocy w piątek poczułam skurcze,właściwie o identycznej sile jak przepowiadacze, więc nie zwróciłam na nie szczególnej uwagi. O 4 zaczęłam czuć skurcze co 15min, ale nadal były lekkie, więc nie wniknęłam. Ok 6 skurcze były częstsze,co ok5-7min i trwające ok.1min. W końcu wstałam, bo pomyślałam, że się zaczęło, ale coś za delikatne te skurcze i to nie może być poród. Wstałam zapytałam mamę jak to jest, ona powiedziała, że TE skurcze poczuję na pewno, bo nie będę dała rady chodzić. Więc ja spokojnie się wykąpałam, wyrwałam brwi(bo pomyślałam, że potem nie będę miała kiedy )zjadłam śniadanie(które za chwilę zwróciłam), obudziłam M. Skurcze nadal były. Poczytałam troszkę w internecie i zdecydowałam, że jedziemy do szpitala, bo to mój pierwszy poród i nie wiem co i jak.
o 9 byliśmy na miejscu. Przebrałam się w szpitalną koszulę do porodu, zaprowadzili nas na salę do rodzinnych i podłączyli do KTG. Na zapisie skurcze co 5-7 min, ale o sile 20%-dziwne. Rozwarcie na 1cm.Lekarz mówi, że poród się zaczął, ale pewnie długo potrwa. Kazał chodzić, kucać, żeby rozwarcie postąpiło. ok.12 kolejne KTG, skurcze nadal co 5-7min, siła 25%, ale już zaczęło boleć. Pomyślałam, że skoro przy25% tak boli to co będzie przy 100%. Badanie-rozwarcie2cm. M pojechał po coś do jedzenia. Ok.15 skurcze bolesne strasznie, a do tego doszły jeszcze krzyżowe. Poszłam pod prysznic, mało pomógł, ale zawsze troszkę. W międzyczasie wyleciała reszta czopa. po 16-3cm rozwarcia. Mam już dość-chodzę, kucam, dalej. padam ze zmęczenia, a nawet oka nie szło zmrużyć, bo skurcze częste, bo co 5-3min i tak do 19. O 19 przyszedł lekarz, zbadał, rozwarcie-5cm, masaż szyjki, odeszły wody,a skurcze 40%. proszę, żeby coś zrobili, bo wymęczył mnie ten dzień, a co będzie jak zacznie się konkretnie-nie dam rady. Lekarz zadecydował dać zastrzyk, żeby nasilić skurcze. No i się zaczęło...skurcze silne, co 2 min, na każdym skurczu sączą się wody, M chodzi z ręczniczkami za mną i wyciera podłogę. Ja chodzę, na skurczu bujam się przy drabinkach. Bóle silne, ale nie wiele więcej od tych co miałam od 15. Po 20 badanie-rozwarcie 9cm!!lekarz mówi, że szczęściara ze mnie, że tak szybko, położna pokazuje jak złagodzić ból. Klękam na materacu, zaczęłam czuć parcie, ale jeszcze nie mogę przeć i tak przez 5 skurczy. na 6 mam wrażenie jakby mi miało coś wypaść.położna każe wskakiwać na łóżko. Pozapalali światła, rozłożyli transformera(łóżko nagle przeistoczyło się w fotel do rodzenia). Położna nałożyła fartuch i krzyczy:rodzimy!!
Zaczynam przeć, ale cholera skurcze zanikały, no więc decyzja o podaniu kroplówy. Za chwilę skurcze się nasiliły i prę, coś mi nie wychodzi, ale po chwili łapię o co chodzi. jedno parcie-główka i ciepło reszty wód-ulga, drugie parcie-reszta ciałka i słyszę płacz córeczki, którą położyli mi na brzuchu. Płaczę ze szczęścia, odwróciłam się do M, on też płacze. Powiedziałam:wszystkiego najlepszego Kochanie! :lovers: Już nie czułam bólu, wszystko wydawało się już odległym wspomnieniem.
Popękałam w środku i nie obyło się bez nacięcia. Zszywali mnie godzinę, ale wszystko odbywało się w bardzo miłej atmosferze. Młody doktor wciąż żartował, ja z resztą też miałam bardzo dobry humor.
Małą przynieśli mi po 23 i od razu przyssała się do cyca, a ja całą noc nie spałam-nie mogłam się na nią napatrzeć.
9luty 2008- dzień, w którym Bóg podarował nam ogromne szczęście :lovers:
Bubuś1984, Twoja córeczka urodziła się tego samego dnia co mój mąż
[ Dodano: Sob 01 Mar, 2008 18:21 ]
No to w końcu zebrałam się w sobie, choć nie było to łatwe przywoływać wspomnienia sprzed prawie 6 lat, a było to tak
Niedziela 7.04.2002 r. godz. 18.00 myjemy samochód na stacji benzynowej nagle zachciało mi się siku i poczułam mocne ukucie w krzyżu, poszłam więc do kibelka i ujrzałam na majtkach wielki śluz z pasmami krwi, trochę się wystraszyłam, ale machnęłam ręką i nic nie powiedziałam mężowi, bo jeszcze nic mnie nie bolało, a był to 41 t.c. i we wtorek miałam już się zgłosić do lekarza, jednak zanim dojechaliśmy do domu zaczęły mi się skurcze, dosyć nieregularne i dające się wytrzymać, mimo to nadal nie wierzyłam, że to już.
Skurcze coraz bardziej się nasilały, ale co tam Ania spokojnie sobie poszła spać i mimo, iż kilkakrotnie mnie obudziły dalej sobie wmawiałam to jeszcze nie to.
W poniedziałek jak wstałam o 9.00 rano skurcze miałam już co pół godziny, mój M pracował wtedy na dwóch etatach i był w pracy, więc nie chciałam go stresować i czekałam na rozwój wydarzeń. W tym czasie wyszłam z psami na dwór, pobiegłam do sklepu, żeby zakupy porobić, bo przecież nie będzie mnie 3-4 dni i wzięłam się za pichcenie obiadów na te dni, teraz pukam się w głowę, ale wiem, że to był objaw stresu.
O godz. 12 skurcze były już co 20 min. regularne, ale do wytrzymania, o 13 już co 15 min, 14 co 10 min, mój M wraca z pracy i mu mówię, że raczej rodzę, minę miał nietęgą, a za pół godziny musiał wyjść do kolejnej pracy, i pyta mnie czy zostać, a ja nie nie trzeba to pewnie dopiero początek, nieważne, że zwijałam się z bólu, zadzwonił więc po teściową, żeby na wszelki wypadek przyszła, ja w tym czasie podskakiwałam sobie w domu, kucałam, wzięłam kąpiel, godz. 17 skurcze co 5 min, dzwonię do męża, że chyba jednak naprawdę rodzę i niech lepiej się zwalnia z pracy, 17.15 jeszcze go nie ma (przedziera się przez korki) ja już skurcze co 4 min brzuszne i krzyżowe robiłam się na zmianę raz blada raz czerwona jak burak, teściowa panika, żeby po karetkę dzwonić, zaczęłam ją uspakajać, 17.20 mąż w domu ja w drzwiach ubrana już czekam z torbą w ręku i biegiem do samochodu, o 17.30 już byłam w szpitalu, jechał jak opętany 130 km/h przez miasto. W izbie przyjęć lekarz orzekł na 7 rozwarcie porodówka, zrobiono mi lewatywę i położna do mnie mówi, żeby się pożegnać z mężem, a ja jak to przecież mamy poród rodzinny ??????
Ona na to jak tak to niech czeka na korytarzu i tak czekał, co chwilę się musiałam upominać, że ja chcę rodzić z mężem, a ta do mnie niech tam czeka, tu nie ma nic do oglądania. Na szczęście była zmiana dyżuru i zmieniły się położne, męża wpuszczono. Lekarz przebił mi pęcherz, wody chlusnęły, niestety zielone, więc podłączono mi oxy, masarz szyjki macicy i kazano przeć, pamiętam wszystko jak dziś koszmar się dopiero zaczął godz. 18.15 prę, gały mi na wierzch wychodzą, 20.15 nadal prę i nic opadam z sił, podłączyli mi kolejną dawkę oxy i bez przerwy masarz szyjki, zawołano jeszcze jednego lekarza i 2 położne do pomocy, dziecko utknęło mi w kanale i nie wiedzieli co robić, widziałam wszystkich już podwójnie, godz. 21 dalej zero postępu prę bez efektów, krwinki popękały mi na całej twarzy, lekarze stoją nade mną i dyskutują co zrobić, zawołali jeszcze jedną położną najbardziej doświadczoną, więc już 2 lekarzy i 3 położne, mąż blady jak śmierć, znowu każą przeć lekarz kładzie mi się na brzuchu a położna wsadziła rękę do środka i przekręciła dziecko auuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu wyłam z bólu, lekarz już też nie wytrzymał emocji i zaczął się drzeć PRZYJ DZIEWCZYNO, a ja niestety nie miałam już siły, przestałam współpracować zaczęłam odlatywać, nafaszerowali mnie jakimiś zastrzykami, mąż coś do mnie mówił, ale sama nie wiem co, z bólu wydawało mi się, że ja stoję gdzieś tam obok, a wszystko dzieje się poza mną, podeszła do mnie położna i zaczęła mnie wspierać, mówić kochanie jeszcze troszkę, już widzę czarne kędziorki, dasz radę, chyba nie chcesz urodzić martwego dziecka i te słowa były jak grom z jasnego nieba, zmobilizowałam się i zaczęłam przeć godz. 22 dziecko trochę ruszyło, ale niewiele, zaczęli gdzieś wydzwaniać, wezwali lekarza profesora, który przyszedł kazał przeć w tym czasie położna zrobiła cięcie do półdupka, ale nie czułam tego, ten wziął kleszcze wsadził do środka i wyciągnął Szymonka, musiałam z nim współpracować on ciągnął kiedy ja parłam i 22.40 koszmar się skończył.
Położyli mi Szymonka ma brzuchu i pierwsza moja reakcja, jaki on ciężki. Był brzydki, jeśli tak o dziecku można powiedzieć, główka podłużna, policzek zakrwawiony, bo przy wyciąganiu skórę mu zdarli, na głowie powstał wielki siny krwiak, mój M się wstraszył, że chore dziecko urodziłam, bo tak fatalnie wyglądał, dostał zaledwie 6 pkt. Łożysko urodziłam mimo chodem, potem zaczęli szyć, dostałam rzucawki, znowu faszerowanie lekami. Odstawili mnie na 2 godz. Koło dyżurki położnych, które miały mnie pilnować, zachciało mi się siku, chciały dać basen, ale ja się uparłam, że wstanę do toalety i kiedy wstałam straciłam przytomność, tyle co pamiętam. Dziecko dostałam dopiero po 2 dobach i wtedy to były piękne chwile, mój Szymonek już był najpiękniejszą i najważniejszą istotą na tej ziemi, nie chciałam go wypuszczać z rąk, myślałam, że wszelkie już problemy są poza mną, niestety rana krocza zaczęła się babrać i wyrok, że nie wyjdę po 3 dniach do domu
Musiałam zostać na co najmniej tydzień, w ciągu tego tygodnia okazało się, że Szymonek ma wysoką bilirubinę trzeba go naświetlać i do tego dostał obustronnego zapalenia uszu, więc przenieśli nas na patologię noworodka i tam już zostaliśmy na 3 tygodnie. Poród ten wspominam koszmarnie, jednak cud narodzin wszystko człowiekowi wynagradza i mimo wszystko powiem, że warto.
Z Julą natomiast z góry planowałam cesarkę, nie wyobrażałam sobie po raz kolejny przez to wszystko przechodzić, nie liczyła się dla mnie cena. Jednak w wyniku wielu komplikacji okazało się, że mam wskazania do cesarki, położono mnie tydzień przed wyznaczonym terminem cięcia w szpitalu, a dokładnie planowano na 21.12 piątek, jednak Jula dziecko niepokorne wyznaczyła sobie inny termin, w środę zaczęły się już skurcze, w czwartek z rana wzięli mnie na badanie i już miałam rozwarcie na 4, więc wzięli mnie na stół i tym sposobem przyszła na świat 20.12 bezboleśnie, dostała 9pkt w kolejnych minutach 10pkt.
Po 6 godz. Miałam już swoją pociechę przy sobie i najmilej będę wspominać ten poród, choć ból po cięciu nie był mały, jednak był on niczym w porównaniu z porodem naturalnym i mówię tu tylko i wyłącznie o swoich odczuciach, nie propagując w żaden sposób tej metody rodzenia.
Przepraszam, że tyle się rozpisałam, ale ta trauma tak zapisała się w mojej pamięci, którą zresztą opłaciłam depresją, że nawet teraz jak do niej wracam to łzy ciekną mi po policzkach i dreszcze przez plecy przechodzą, nie życzę nikomu takich porodów. Dziękuję, że tutaj to mogłam z siebie wyrzucić.
_________________
Ostatnio zmieniony przez aniulkas Pon 03 Mar, 2008 15:26, w całości zmieniany 1 raz
aniulkas, bardzo przejmujace jest to co napisałaś opisałas tak bardzo dramatyczny poród Szymonka ale powiedz jak rodziła się Jula?
[ Dodano: Pon 03 Mar, 2008 00:06 ] tuti, MOJA DZIELNA TUTI :lovers:
_________________ SUWACZEK OD KINIACZKAOD MAMUSI DUDU:)OD MADZIALENKI:)OD ANIOLKIżyj-krzyknęła nadzieja Bez Ciebie nie potrafie-odpowiedziało cicho życie
Lena32, poród z Julą też opisałam był planowany przez cc, tydzień przed już leżałam w szpitalu i chociaż planowano mi na 21.12 to dostałam wcześniej skurczy i zrobiono mi cesarkę 20.12, było spoko.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum